generalnie to makeup

sobota, 2 grudnia 2017

recenzja Precious Kit od Lovely

1 komentarz:
Zdecydowałam, że na pierwszy ogień pójdzie mój (chyba?) największy kosmetyczny zawód, który kupiłam zachęcona dość pozytywnymi recenzjami... no dobrze, oraz kwietniową promocją w Rossmannie, znaną też w niektórych kręgach jako Bitwa Pod Rossmannem. Potrzebowałam wtedy jakiejś zgrabnej, neutralnej paletki a z funduszami było jak zawsze krucho (ach, studenckie życie! 💖). Na ratunek przyszła szafa Lovely.

Co oferuje nam producent...? 

Zestaw 9 intensywnych odcieni o wysokiej koncentracji pigmentów. Wspaniale skomponowany kolorystycznie zestaw gwarantuje doskonałą zabawę makijażem. Cienie łatwo się blendują, tworząc wspaniały efekt przenikających się kolorów.

... a co jest faktycznie? Cóż, na pewno 9 cieni. 

Nie ukrywam - nie jestem wymagająca w stosunku do cieni. Nie jestem profesjonalistką, dopiero się uczę, nie zasmakowałam jeszcze zaszczytu używania paletek z wyższej półki. Wymagam minimum - chociażby tego, by cienie były widoczne. W owym Precious Kicie nie są.





No dobrze - myślę, że każda osoba mniej lub bardziej obywa w świecie makijażu zauważy jawną inspirację Too Faced.  Mnie takie inspiracje absolutnie nie przeszkadzają, chociaż wiem, że mają wielu przeciwników.
Co do samego opakowania - wydaje się wytrzymałe, nie chciałabym jednak przetestować jego wytrzymałości podczas upadku. 



Inspiracji ciąg dalszy - tym razem, jesli chodzi o przykładowe makijaże oraz, rzecz jasna, o to co paletka skrywa.


No i creme de la creme - cienie, które są inspirowane Boudoir eyes
Paletka oferuje nam 3 cienie matowe i 6 błyszczących, z których można wyczarować 3 looki - codzienny, olśniewający i imprezowy...
... a tak naprawdę można wyczarować wielką, ledwie widoczną plamę. 


Pigmentacja to, jak już wspomniałam, rzecz nieistniejąca.  Party dress, cookies back oraz light silk - trzy największe cienie - nie są widoczne w ogóle. Z resztą cieni wcale nie jest lepiej - w ogóle nie chcą przykleić się do oka i odnoszę wrażenie, że po nałożeniu na oko calutkiego cienia z paletki, również nic by nie było widać. Minimalnie pomagają bazy, jednak do poziomu quite wearable brakuje sporo. A nawet i więcej. 
Największy zawód to cień envy eyes - cudownie prezentował się w paletce, więc szybko nałożyłam go na palec i zeswatchowałam i... i nic. Ledwie widoczna, brzydka plama. Na oku nie widać go w ogóle. No niestety, mogę jedynie envy tym eyes na których cień jest widoczny - o ile w ogóle takie istnieją. 
Doskonale pamiętam jak za dzieciaka dostałam na święta wielki kufer z kosmetykami - bodajże firmy The Colour Workshop. Cieni było sporo, pigmentacja była nieistniejąca. Tutaj cieni jest mało, ale pigmentacja jest właśnie taka, jak w tych kauflandowych kuferkach - można powiedzieć, że poczułam się znowu jak dziesięciolatka w okresie świątecznym. Uczucie całkiem przyjemne. 
Ach, bym zapomniała - na chwilę obecną, Precious Kit kosztuje w cenie regularnej 31,99 za 10 g cieni. Czy się to opłaca czy nie - chyba mówić nie muszę.